Case study - czyli coachingowe studium językowego przypadku. Część trzecia

Dawno nie poruszałam tematu z życia wziętych przykładów coachingowych. Dziś wracam to tej tematyki, gdyż ostatnio zebrało się sporo świeżych doświadczeń. Tym razem piszę trochę bardziej z perspektywy coacha i nie skupiam się tylko na kliencie. Lektorzy zainteresowani coachingiem z pewnością znajdą tu kilka inspiracji. Zapraszam.

Chcę, ale nie chcę...

Tymi słowami mogę podsumować typ klienta, który dziś opisuję. Na 10 osób, które zgłaszają się do mnie w kwestii coachingu językowego, średnio dwie tak naprawdę nie chcą zmiany

slowlingo, coaching języków, nauka języków

Zdarza się, że przed rozpoczęciem coachingu przez kilka tygodni próbuję ustalić z potencjalnym klientem na czym miałby polegać coaching w tym konkretnym przypadku. Klient zgłasza się do mnie, dość dokładnie opisuje swoją sytuację i problem z językiem. Zazwyczaj to strach przed mówieniem, brak postępów w nauce, albo niechęć do nauki konkretnego języka. 

Najpierw klient jest bardzo zainteresowany. Potem trochę się waha czy potrzebuje aż takiej zmiany w życiu jak swoje podejście i nastawienie. Ostatecznie stwierdza, że w sumie to nie potrzebuje zmieniać się wcale i najlepiej jeśli od razu zaczniemy pracę nad samym językiem. Jako lektor i coach nie podejmuję się nauczania, jeśli wiem, że gdzieś tam leży grubszy problem, który będzie przeszkadzał w skutecznej pracy. Obstaję przy przynajmniej kilku sesjach coachingowych. Czasem klient się nie zgadza, czasem chce się "wreszcie uczyć języka". Bywa, że kontakt nagle zupełnie się urywa.

Nie jest to oczywiście przyjemne. Zawsze też zastanawiam się, czy dana osoba poradzi sobie z językowymi problemami, które często zakorzenione są głębiej niż sama znajomość języka.

Co robić, gdy klient (nie) chce?

Jeżeli jednak kontakt się nie urywa i klient twierdzi, że chce, to w takiej sytuacji często i tak nie dochodzi ostatecznie do współpracy. Zdarzyło się, że podziękowałam. Być może pomyślicie, że to dziwne, odrzucić klienta albo, że jako coach powinnam podjąć wyzwanie. I oba stwierdzenia są w teorii słuszne. Ale ja bardzo cenię swój czas i umiejętności. Jeśli na początku współpracy czuję, że będzie nieowocna dla obu stron, jeśli po kilku tygodniach nie udało nam się nawet porządnie rozpocząć, a potencjalny klient zwodzi i zbywa, decyduję ukierunkować moje umiejętności na kogoś innego. 

Nie z każdym trzeba pracować, nie zawsze jest chemia. I to jest w porządku, zdarza się. 

Jak pomóc klientowi, który nie chce

Można próbować. Na początku mojej drogi za wszelką cenę starałam się przekonać klienta, że powinien jednak spróbować. Szeroko rysowałam korzyści płynące ze zmian. Czasem działało na krótką chwilę. Po kilku sesjach jednak oboje stawaliśmy przed murem, za którym kryło się stwierdzenie:
Jednak  nie chcę, nie czuję potrzeby zmian, mój problem na pewno leży gdzie indziej.
I rozstawaliśmy się. Teraz już nie próbuję tak usilnie, gdy na początkowym etapie coś nie działa, to wiem, że już nie zadziała. Wtedy pasuję.

Klient odrzucony?

Mimo ewidentnego braku chemii klient był zaskoczony, gdy kończyłam współpracę. Nawet po kilku takich mało udanych sesjach, zostawiam klienta z zestawem narzędzi, które może wykorzystać, gdy tylko będzie gotowy. Dwa razy zdarzyło się także, że klient wrócił po kilku miesiącach z nowym podejściem i udało się z sukcesem wznowić współpracę. Klient nigdy nie jest odrzucony.

Jak wyglądają Wasze doświadczenia z niezdecydowanymi klientami? Jestem niezmiernie ciekawa Waszych komentarzy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz